POST POP DEPRESSION // Berlin, 7.05.2016

7 maja 2016 szczęśliwie było mi dane uczestniczyć w koncercie Iggiego Popa w Berlinie. Jeśli słyszeliście o projekcie zwanym Post Pop Depression, zapewne domyślacie się, że był to koncert nie byle jaki. 69-letni „ojciec chrzestny punk rocka” postanowił zakończyć swoją burzliwą karierę nagrywając nietuzinkową płytę z nieco młodszymi, ale równie (a może nawet bardziej!) utalentowanymi muzykami – Josh’em Homme i Dean’em Fertita z Queens of the Stone Age oraz perkusistą Arctic Monkeys, Matt’em Helders. W takim oto składzie, z pomocą basisty Matt’a Sweeney i multiinstrumentalisty Troy’a Van Leeuwen „super grupa” wyruszyła w światową trasę obejmującą łącznie zaledwie 20 koncertów w USA i Europie. Wszystkie występy wyprzedały się na pniu, a bilety na ten berliński zniknęły już po niecałej godzinie.

Około godziny 15:00 wraz ze znajomymi pojawiłam się pod Tempodromem. Hala, która wygląda jak wielki, biały cyrkowy namiot, robi na żywo niesamowite wrażenie. Mieści ona około 4000 osób i wydawać by się mogło, że odbywają się tam wyłącznie poważne i raczej „sztywne” eventy. Nic bardziej mylnego. Kilkugodzinne czekanie pod gorącym słońcem opłaciło się, bo już około 19:00 dumnie stałam w pierwszym rzędzie trzymając rękami barierkę dokładnie naprzeciwko mikrofonu, do którego niedługo śpiewać miał mój największy idol, facet którego podziwiam od 9 roku życia… Josh Homme. Nie będę ukrywać, że to właśnie dla niego zdecydowałam się na taką wycieczkę. Nigdy nie byłam psycho-fanką Iggiego Popa, owszem znałam i bardzo lubię najsłynniejsze utwory, lecz w tym wypadku żaden ze mnie ekspert. Jednak to co miałam za chwilę przeżyć, przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

Josh Homme

Po nieco nużącym supporcie (tego wieczoru rolę tę odgrywała niejaka Noveller – dziewczyna grająca na gitarze elektrycznej, a raczej wydobywająca z niej dziwaczne dźwięki z pomocą całej palety efektów gitarowych) wreszcie na scenę wkroczył, a raczej wskoczył, on. Iggy Pop. Śmiesznie wyglądający dziadek z czarną marynarką narzuconą na gołą klatę, a za nim pięciu wspaniałych w jednakowych, czerwonych, błyszczących blazerach. Rozpoczęli od Lust For Life i Sister Midnight. Iggy zrzuca marynarę odsłaniając „sad torso” (#pozdrodlakumatych), Josh z bananem na twarzy zawadiacko puszcza oczko. Takiego kopa na rozpoczęcie koncertu nie dostałam jeszcze nigdy! Kolejne minuty wypełnione największymi klasykami z albumów The Idiot i Lust For Life przeleciały jak sekundy. A wszystko to przeplatane niemalże całym, swoją drogą świetnym albumem Post Pop Depression (zabrakło tylko Vulture). Już w pierwszej połowie koncertu, ku zdziwieniu zgromadzonych, Iggy bez wahania rzucił się w tłum i powtarzał tę czynność jeszcze niejednokrotnie. 69 lat na karku, odbyta operacja biodra. Można? Można! Przed moim ulubionym Sunday dowiedzieliśmy się, jak bardzo Pan Pop jest wdzięczny za swoją pracę, jak bardzo cieszy się on, że nie jest to kolejna „shitty job” z przypadkowym palantem mówiącym mu co ma robić, lecz jedna wielka wspaniała przygoda wypełniona dokładnie tym, co kocha. Potem już tylko Joshua przypalający papierosa na Nightclubbing, wyliczanie na palcach razem z Iggymgas, food, lodging, poverty, misery… and gardenia” (kojarzycie ten kawałek, co nie?) i niesamowicie wzruszający moment – śpiewanie ile sił w płucach z tysiącem fanów La la la la La la La la! podczas The Passenger.

Iggy Pop Berlin

Ostatnie chwile przed bisem to przepiękna wersja China Girl na 3 gitary. Cała szóstka zeszła ze sceny, ale jak gdyby sami nie mogli się doczekać reszty, wrócili po krótkim czasie z jeszcze większymi uśmiechami na twarzach. Potężnie zabrzmiało Break Into Your Heart, po czym Pop radośnie zeskoczył ze sceny i wykonał Fall In Love With Me przechadzając się wśród tłumu po calutkiej hali (tak tak, ja też potrzymałam go za rękę). Kończący set Success to już jedna wielka impreza z wszechobecną euforią niesamowicie udzielającą się wszystkim, nawet smutasom już-nie-siedzącym na trybunach. Na samiutki koniec Iggy zainicjował odśpiewanie Happy Birthday perkusiście Mattowi Heldersowi, który dokładnie tego dnia skończył 30 lat (wow, takie urodziny, tylko pozazdrościć!). Kiedy już zgasły światła, a uradowany tłum powoli zaczynał kierować się do wyjścia, ja dzielnie czekałam na tak zwane „pokoncertowe łupy”. Nie na darmo, ponieważ po chwili w moje ręce trafiła jedyna w swoim rodzaju setlista Josha, która pozostanie dla mnie na długo bezcenną pamiątką z tego pełnego wrażeń wieczoru.

Post Pop Depression setlist

Ten niezwykły, dwugodzinny koncert momentalnie uplasował się na podium mojego prywatnego TOP 10 i gdyby nie fakt, że była to jednorazowa sprawa, z czystym sumieniem w przyszłości poleciłabym ten show każdemu. Cóż, pozostaje nam mieć nadzieję na oficjalne DVD z trasy, co wcale nie jest niemożliwe – informatorzy zdradzają – występ w Londynie był profesjonalnie nagrywany!

PS. Dnia poprzedniego wybrałam się na wystawę zdjęć pod tytułem American Valhalla. W berlińskiej Galerie Eigenheim można było obejrzeć fotografie Andreas’a Neumann i Matt’a Helders z sesji promującej album Post Pop Depression. W wydarzeniu oprócz obojgu artystów uczestniczył również cały zespół (za wyjątkiem Iggiego), który to chętnie gawędził z fanami i nie stronił od wspólnych fotek.

Ja i Josh Homme

Główne foto wpisu: Sebastian Greuner

Pozostałe zdjęcia: Aleksandra Dzięgielewska

Lubisz winylbloga? Podziel się, niech inni też polubią

Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco

Aleksandra Dzięgielewska Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *